niedziela, 14 stycznia 2018

Twill & Plain

Miło otaczać się ludźmi, którzy nas inspirują. Pokrewnymi duszami, które nadają na tych samych falach, jakby dokładnie wiedziały czego Ci trzeba.  Czasem wystarczy tylko jedno słówko, by w głowie pojawił się pomysł, by coś nabrało kształtów. Jako romantyczka bardzo mocno zwracam uwagę na oprawę i atmosferę, nawet jeśli chodzi o tak z pozoru błahą rzecz jak projektowanie swetra. Kolor, wzór, kształt, falujące włosy, tło, zdjęcia, nazwa, opis... to wszystko musi tworzyć dla mnie coś wyjątkowego, pięknie opakowaną całość, a inspiracja, pomoc, czy choćby słówko jest wtedy na wagę w złota. Zwłaszcza jeśli ktoś dokładnie wie co Ci w duszy gra! Ale na moment zmieńmy temat...

Nieoczywisty kolor zasługiwał na nieoczywisty projekt. Z ogromnym uporem i zacięciem, odmierzając barwniki w kroplach, uzyskiwałam kolor, który widziałam oczami wyobraźni. Po długich próbach powstał wyczekiwany Flea Market, który sprawia mi niemały problem, gdy próbuję go nazwać jednym słowem. Plastyczny, połyskujący, delikatny, ale nie dziewczęcy odcień, który w świetle zmienia swoje oblicze. Naprawdę bardzo go lubię, dlatego musiałam wydziergać z niego coś dla siebie.

Twill & Plain to sweter, który dzierga się na kilka sposobów - od boku, troszkę od dołu oraz zdecydowanie od góry. A to wcale nie sprawia, że jest trudny czy czasochłonny. Nietypowy, choć wygląda klasycznie.

I jako że wiem, że bardzo długo kazałam Wam czekać, przechodzę czym prędzej do rzeczy i przedstawiam Wam mój nowy projekt:


Najważniejszą rzeczą w Twill & Plain jest oczywiście jodełkowy i "tkany" przód - tekstury podkreślone kolorem i połyskiem, na rzecz których zwyczajnie przepadłam.
Dwa ściegi spośród użytych w tym projekcie były bardzo nietypowe pod względem próbki, co wymagało ode mnie odrobiny więcej obliczeń i dłuższego myślenia :) Ale to wyzwania są przecież najciekawsze! Ta jodełka była tego warta.

Myślę, że teraz Was trochę zdziwię. Twill & Plain posiada dwa szwy po bokach swetra, ale reszta jest oczywiście dziergana bezszwowo. Dlaczego? Bo po pierwsze to była najprostsze rozwiązanie, po które sięgnęłam wcale nie z tego oczywistego powodu. Uważam, że sweter zyskał wiele przez to "usztywnienie". Przedni panel i tył trzymają się idealnie, sweterek trzyma formę, idealnie oddzielając klasyczny tył od ozdobnego frontu. Początkowo robiłam co mogłam by uniknąć szwu w tym projekcie, ale wierzcie mi na słowo - ten szew robi różnicę! :)
 

Dziergałam z mojej własnej Goat on the Boat (100g/400m), w wyżej wspomnianym kolorze prosto z pchlego targu. Użyłam około 1350 metrów na rozmiar S.
Rękawy, długie i przytulne, podobnie jak dekolt i dół wykończyłam podwiniętym ściągaczem.
Jeszcze odrobina detali...
 
 

A teraz wrócę jeszcze raz do pierwszego akapitu. Przede wszystkim muszę podziękować Oli, z którą łączy mnie uwielbienie do prostych, klasycznych form. Dokładnie jakby wiedziała czego mi akurat potrzeba (albo to jej właśnie było czegoś potrzeba :)), podsunęła słowo-klucz. Jodełka! Jedno słowo i w głowie rodzą się pomysły.
Kolejna inspirująca osoba pojawiła się dziś. Jeszcze przed zaczęciem posta sweterek nie miał nazwy... nic nie przychodziło mi do głowy, nic takiego co tworzyłoby tę całość, o której Wam wspomniałam. Tu słówko szepnęła mi Ania, którą bezczelnie werbowałam do testów. Ania zna się nie tylko na dziewiarstwie, ale również tkaniu i jakby dokładnie wiedząc czego potrzebuję, podsunęła mi właśnie Twill & Plain, co nie dość, że dobrze oddaje wzór to jeszcze tak pięknie brzmi! Dziękuję!
I oczywiście Mateusz... Ciężko mi opisać słowami jak ja widzę ten projekt, kolor i nazwę, jaki konkretnie klimat tworzą w mojej głowie, ale Mateusz idealnie oddał to zdjęciami! 

Bardzo się cieszę, że zdjęcia są już gotowe, bo jak wiecie, nie noszę swetra póki go nie obfotografuję... długo musiałam się powstrzymywać!  
Jestem ogromnie ciekawa co sądzicie, czy też lubicie takie klasyczne, ale efektowne wzory i tekstury?

Jak zwykle na koniec krótkie ogłoszenie :) (Edit) Mam już komplet, dziękuję Wam! Test wkrótce rusza! :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Thunderstorm Toque

Słuchajcie! Znowu dramat. Zaczęłam dziergać sweter, wymarzony i wyczekany, ale jak tylko przerobiłam kilka centymetrów stwierdziłam, że kolor do mnie jednak nie pasuje, a wzór już mi się opatrzył. Kolor piękny, wzór też, ale humory psują wszystko. Ewidentnie coś jest na rzeczy, bo to nie tyczy się tylko tego jednego projektu - nic mi się nie podoba obecnie, nic nie jest godne wrzucenia na druty. To co robię? Nie dziergam! Znam ten stan, trzeba przeczekać, nic na siłę, za moment, za chwileczkę mnie olśni. Coś tam w głowie się powoli układa w kształt męskiego swetra, ale póki co nie jest to nic konkretnego.
Trochę tęsknię do dziergania swetra, tego uczucia zniecierpliwienia (chcę go już nosić!), chęci posiadania kolejnej mięciutkiej rzeczy, w nowym kolorze, z ciekawym wzorem, w wygodnym kształcie. Mimo wszystko na brak zajęć nie narzekam, a moją głowę obecnie wypełniają przede wszystkim myśli o przyszłej, magicznej podróży życia, która najpierw ogromnie przerażała (16 godzin w samolocie to BARDZO STRASZNA RZECZ), a teraz mam zwyczajnie motyle w brzuchu. Jako że podróż daleka i bardzo długa to mimo że wypada w okolicach lata, zabieramy się właśnie za porządne planowanie i organizację. Nie jest to łatwe, zwłaszcza jak człowiek chce zwiedzić przynajmniej cztery orientalne kraje w ciągu miesiąca - wymaga to od nas mnóstwo czytania, liczenia i ustalania. Ale to dobrze, przynajmniej nie mam czasu myśleć o tym samolocie :).

Fakt, że nie dziergam nie oznacza, że nie mam Wam nic do pokazania. Dziś kolej na moją czapkę. Planowałam ją w tym samym truflowym kolorze co czapę Mateusza, potem zmieniłam zdanie i bardzo chciałam coś srebrzystego, następnie wrzosowego, a ostatecznie zrobiłam ją w ciepłym, beżoworóżowym kolorze. Trudne decyzje trzeba podejmować jak się bierze za dzierganie.

Miałam w swoim małym filcowym koszyku kilka kulek Goat on the Boat w kolorze Flea Market, które zostały mi po nowym projekcie, oraz ponad połową motka Anatolii w kolorze Ballerine, którego używałam w Melanie. Pasowały do siebie idealnie! Anatolia była bardziej różowa i delikatnie zmieniła odcień kózki, doprawiła ją malutką kropelką słodyczy. Czapka pasuje idealnie do mojego Find Your Fade!

Przedstawiam Wam moją wersję Thunderstorm Toque, który dziergany z całkiem innego rodzaju włóczki, pokazał swoją drugą twarz, a moherowy włosek sprawił, że jest bardziej przytulny i romantyczny.

Pompon również wykonałam z dwóch nitek. Ciężko to uchwycić, ale dzięki Anatolii pięknie się mieni! Poza tym gdybym użyła tylko Goat on the Boat to pompon miałby ciut inny kolor niż czapka.

I na głowie:
 

Uwielbiam ten czubek układający się w kwiatowy kształt! Pompon lekko go przysłania, ale to nic, efekt jest cudny!


Dziergałam mniejszy rozmiar i użyłam drutów 3.25 mm na ściągacz oraz 3.75 mm na resztę czapki, czyli ciut cieńsze niż polecane, bo moja próbka delikatnie się różniła. Pierwszy raz korzystałam ze wzorów AbbyeKnits i szczerze polecam! Prosto i klarownie opisane, a same projekty niezwykle dopracowane.

Z wydzierganych rzeczy, których nie pokazałam Wam jeszcze, został tylko mój nowy projekt swetra! Ale już niedługo, niedługo... obiecuję!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 2 stycznia 2018

Autumnal

Witam Was w Nowym Roku! Nigdy szczególnie nie przywiązywałam wagi do zmiany daty, pierwszy dzień z kalendarza nie jest dla mnie żadnym szczególnym wydarzeniem, nie znajdziecie u mnie postanowień, podsumowań, haseł w stylu "nowy rok, nowa ja", ale w tym roku tak się akurat złożyło, że moje odczucia, samopoczucie i myśli zgrały się mniej więcej z tą datą. 

Po pracowitej pierwszej połowie grudnia, miała nadejść ta pełna lenistwa i przyjemności. Ostatecznie jednak, do końca roku zmagałam się z przeziębieniem, takim nieprzyjemnym stanem pomiędzy zdrowiem i chorobą, gdy brak absolutnie siły na cokolwiek, a z drugiej strony nie ma powodu by leżeć w łóżku i wypacać się pod kołdrą. Zamiast odpocząć, wymęczyłam się okropnie, kichając i kaszląc od czasu do czasu, nie mając siły i głowy do obfotografowania dawno skończonego swetra, który czeka na to już dłuższy czas. Książka szła średnio, gry, nad którymi planowałam potracić trochę życia nie kusiły wcale, filmy nudziły, druty odpychały. Na pewno wiecie o czym mówię! No katorga. Dopiero teraz, świeża i pełna energii i motywacji (no w końcu!) planuję co zrobię w przyszłości. I nie ma to nic wspólnego z nowym rokiem, a raczej z powrotem do świata ludzi ogarniających, ale że akurat wypadło to w taki a nie inny dzień...:) 
Planów mam całe mnóstwo (choćby na niemałą liczbę postów w styczniu!), ale najpierw pokażę Wam co podczas tego uroczego czasu udało się stworzyć.

Odpuściłam sobie duże formy i zajęłam tymi projektami, które rosną w mgnieniu oka. Obiecałam nową czapkę Mateuszowi, wymarzyłam sobie jedną dla siebie, a w Ustce czekała mała głowa, której obiecałam coś wełnianego na zimę. Zamówiłam 4 motki grubości Aran i zafarbowałam na Chmurkowe kolory. Mała głowa dostała swoją czapkę w święta, Bailę w kolorze Candied Papaya, ale zdjęć nie ma i nie będzie niestety. 

Mam za to dziś dla Was zdjęcia czapki dla Mateusza! Ufarbowałam dwa mięciutkie motki (baby alpaka, kaszmir i jedwab) na kolor truflowy, przy okazji dowiadując się kilku nowych rzeczy o farbowaniu (wiecie jak alapaka okropnie wygląda na mokro?:)) i wydziergałam męską wersję czapki Autumnal, lekko modyfikując liczbę oczek (moja próbka różniła się ciut od tej sugerowanej). Trafiłam z rozmiarem idealnie, choć nabierałam oczka chyba pięć razy. 
Wiecie, że nie lubię przekombinowanych wzorów męskich, ale tym razem zdecydowaliśmy się na delikatny warkoczowy wzór, który nadal spełnia nasze oczekiwania. Ścieg jest mięsisty i tworzy przyjemną dla oka zwartą strukturę, przez którą nie przedostaje się zimowy (ha ha!) wiatr. Alpaka to idealna wełna na czapkę, bo włosek wypełnia szczeliny między oczkami i jest w niej naprawdę ciepło. A to połączenie włókien... o ludzie! Myślałam, że już nic mnie nie zdziwi pod względem miękkości... Niebo pod palcami :) Czas przedstawić czapę. Oczywiście na mężowskiej głowie:
 

Czapka jest dłuższa, bo w takich Mateuszowi najładniej. I kolor też mu pasuje :) Zresztą Truffle to jego ulubiony kolor z nowej palety, więc wybór był oczywisty. Zapytany co podoba mu się najbardziej w nowej czapce odpowiedział, że... "szew", którego oczywiście nie ma, ale na myśli miał początkową nitkę, wplecioną pionowo na lewej stronie. Co w tej takiego fajnego? A no że od razu wiadomo gdzie jest tył czapki :) 
 

Góra jest przyzwoicie zaprojektowana - czubek ładnie układa się, nic nie sterczy, nie marszczy. Bardzo mnie to zawsze irytuje.
Z tego co pamiętam, użyłam drutów takich samych jak w projekcie, ale zredukowałam liczbę oczek o mniej więcej 20. Chyba, bo pisząc post nie mam czapki przed oczami, poszła wraz z Mateuszem do pracy.
(tylko żeby nie zgubił, tylko żeby nie zgubił...)

Prostota, wygoda i ciepło. A na dokładkę kolor i wzór pasujący do wszystkiego. A noszona czapka to najlepsza czapka, także zadowolona jestem z niej bardzo. Dziergałam w samochodzie, więc wzór jest naprawdę prosty i łatwy do zapamiętania.
Zużyłam ostatecznie tylko jeden motek, niemalże w całości, coś około 165 metrów, drugi, początkowo przeznaczony na moją czapkę, trafi w ręce zaprzyjaźnionej dziewiarki by grzać inną, mężowską głowę. 

Jako że mam już gotowe zdjęcia kolejnego projektu, to mam nadzieję, że widzimy (czytamy?) się wkrótce! Teraz uciekam zaczynać nowy sweter! No wreszcie:)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Czasem trzeba zwolnić

Grudzień, a zwłaszcza jego początki były bardzo intensywne - przyjemne, kreatywne, kolorowe, ale mimo wszystko bardzo pracowite! Skończyłam również sweter, który dziergałam z mojej kózki w kolorze Flea Market i pełna entuzjazmu szykowałam sesję zdjęciową. Ale organizm się zbuntował i przyniósł nam ni to osłabienie ni to przeziębienie, zaczął domagać się wolniejszych obrotów! Mój umysł buntuje się na to słowo - zwolnić? Ale po co to komu? Sesja czeka, chcę już Wam pokazać to co wydziergałam, zrobić mnóstwo innych rzeczy, napisać kilka postów, zacząć nowy projekt... Ale czasem trzeba zwolnić, posiedzieć, wyciszyć się, zająć innymi sprawami, sobą, bez pośpiechu, bez presji zrobić coś, albo nic.
Odpoczywam więc, nie zmuszam do niczego, powoli wracając do zdrowia, szykując się na wyjazd do Ustki i niespiesznie snując przyszłe dziewiarskie plany.

Postanowiłam na chwilę odpocząć od dużych form i wyposażyć siebie i Mateusza w nowe, ciepłe czapy. Nie dziergam nic od kilku dni, ale to jeszcze nie koniec świata. Wzór wybrany, wełna pofarbowana, nabiorę oczka jak będę gotowa :)

Wybór kolorystyczny był prosty. Jako posiadacz czterech tylko chust, trzech różowych i jednej zielonej, nie mogę poszaleć z kolorami, więc stanęło na kolor neutralny. A że przy okazji pasuje idealnie Mateuszowi, i co więcej, podoba mu się ogromnie, ufarbowałam nam dwa, mięciutkie jak króliczek, puchate motki na kolor Truflowy.

Włóczka to mieszanka najmilszej na świecie baby alpaki, kaszmiru i jedwabiu. Dla męża tylko to co najlepsze :) Włóczka jest grupa, milutka i posiada włosek, który sprawdził się w Mateuszowych czapach - puszek wypełnia przestrzeń między oczkami i idealnie izoluje od zimna i wiatru.

Po długich, powolnych poszukiwaniach wybraliśmy wzory. Mateusz otrzyma Autumnal autorstwa Mellisy Schaschwary (klik!), a ja wydziergam sobie Thunderstorm Toque zaprojektowany przez AbbyeKnits (klik!). Będę musiała coś pokombinować z próbką, bo czapki są na różne grubości włóczki, ale co mi tam. Wszystko się da zrobić :). Zdjęcia ze stron projektów:


Wychodzi na to, że po świętach będę mieć dla Was kilka nowości do pokazania, a do tego czasu idę cieszyć się nierobieniem niczego! :)

Ach! I zajrzyjcie na Chmurkowy instagram: klik!

Wszystkiego dobrego Wam życzę!
Marzena

sobota, 2 grudnia 2017

Grudniowe przyjemności u Chmurki

Listopad był dla mnie naprawdę bardzo pracowity. Większość dnia spędzałam w swoim pokoiku, który robi mi za pracownię. Postanowiłam również tę pracownię zmodernizować, by z typowo prowizorycznej farbiarni zrobić coś na krój prawdziwej, tylko że w wersji mikro :) (Od razu lepiej się pracuje!).
Postanowiłam bowiem na grudzień przygotować do sklepiku nową paletę kolorów! Praca nad nowymi odcieniami jest dla mnie bardzo czasochłonna. Dlaczego? Bo podchodzę do tego arcypoważnie, skrupulatnie i powoli! Jak taki proces mniej więcej wygląda? Przede wszystkim musi mnie olśnić - zanim zacznę pracę chcę mieć w głowie plan i dokładny obraz tego w jakich kolorach widzę nowy zestaw. Czasem posługuję się inspirującymi zdjęciami, czasem pomysł, jak w przypadku zestawu Botanicznego, przychodzi sam, niespodziewanie. By swoją wyobraźnię przelać na wełnę muszę się trochę nagimnastykować. Najpierw tworzę mnóstwo małych, metrowej długości próbek, które później tworzą mi paletę kolorów (o tym innym razem), wtedy dokładnie widzę jak kolor zmienia się gdy użyję innego barwnika lub różnych proporcji. Uwielbiam to obserwować! Czasem wydaje mi się, że znalazłam już ten jedyny kolor, ale nagle postanawiam sprawdzić "co się stanie, gdy..." i okazuje się, że jeszcze bardziej nieoczywisty kolor mam przed oczami. Ten etap wymaga ode mnie najwięcej skupienia i czasu. Szukanie kolorów! Bo przecież to wcale nie działa tak, że jak chcemy mieć granatowy to używamy granatowego barwnika i kolor sam robi się dokładnie taki, jak sobie wymarzyliśmy. Trzeba nad nim posiedzieć, podejść od kilku stron, eksperymentować, przynajmniej ja do tego tak podchodzę, bo mimo że lubię mnóstwo kolorów to niełatwo mnie zadowolić (albo sama nie łatwo się zadowalam:)). Czasem niewiele zmienia naprawdę dużo, więc nie odpuszczam i szukam do skutku.
Gdy już czuję się usatysfakcjonowana kolorami zaczynam tworzyć mini motki (5-10 gramów) by zobaczyć jak dany odcień wygląda na większej powierzchni. Dopiero wtedy zaczynam produkcję :). I to jest najbardziej energochłonne (moje plecy!). To mnóstwo godzin spędzonych na nogach, z maską na mordce, garnkami pełnymi wody i wełny w łapkach. Pranie, zmywanie, zwijanie, etykietowanie. Później jest spacer po krzaki, listki i kwiaty, kombinowanie, tworzenia tła, wystroju i w końcu fotografowanie i obróbka. Uff!
Ale co ja Wam mogę powiedzieć? No uwielbiam to!!! Kłamać nie będę - pracy jest ogrom, stresu jeszcze więcej, czasu niewiele, ale po prostu robię to co lubię. Nie zamieniłabym tego na nic innego...

Chciałabym Wam dziś pokazać efekt tej mojej szaleńczej pracy! Do sklepiku trafiła dziś nowa dostawa z uzupełnieniem niektórych znanych Wam już kolorów oraz siedem, całkiem nowych odcieni, z których sześć tworzy nowy zestaw... Zapraszam do pałacowej kuchni! Ciemnej, przytulnej, smakowitej i luksusowej:

Zaczynając od bardzo smakowitej lewej strony przedstawiam Wam Candied Papaya, czyli coś idealnego na pałacowy podwieczorek, Tea Rose, w subtelnym, przydymionym herbacianym melanżu, Teacup czyli słodką, delikatną i nieznacznie zdobioną różem i oranżem porcelanową filiżankę, Icing - bardzo jasną, mocno rozbieloną, błyszczącą szarość, motek w kolorach starych, drewnianych podłogowych desek - szarość przeplata się tu z chłodnymi, niekiedy bardzo ciemnymi brązami - o nazwie Old Wood oraz na koniec, bardzo ciężki to opisania kolor, który zmienia się w zależności od światła - Truffle. Jest to bardzo ciemny kolor, któremu blisko do czerni, ale czernią na pewno nie jest! Ma w sobie brąz chłodny jak i ciepły, a w świetle posiada delikatny granatowy połysk.

Kandyzowana Papaya to kolejny kolor, który ciężko określić. Bo mimo że blisko mu do czerwieni, to wcale nią nie jest! Jest to kolor delikatnie sprany, z dodatkiem i różu i pomarańczu (i tu znowu główną rolę gra światło). 
 

Teacup to melanż bardzo jasnej szarości i subtelnego ciepłego różu, posypany pomarańczem, brzoskwinią i odrobiną chłodnego brązu. I jeszcze Old Wood:



Jestem ogromnie ciekawa co sądzicie i czy któryś z tych odcieni Wam się spodobał! Zapraszam Was również do sklepiku: klik!

Grudzień to czas niezwykły, więc do 22 grudnia dostawa u Chmurki będzie za darmo, bez względu na rozmiar, sposób, czy miejsce zamieszkania (darmowa dostawa na terenie całej Europy). A jutro zapraszam Was jeszcze na facebooka po więcej grudniowych i świątecznych informacji. No i oczywiście myślę intensywnie nad świąteczną zabawą! Mam nadzieję, że dopiszecie w tym roku tak samo jak poprzednio! Mam rację? :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

czwartek, 9 listopada 2017

O herbacie

Tak się cudownie złożyło, że z Mateuszem dzielimy naprawdę wiele pasji, zainteresowań czy upodobań. Tych kilka, które są odmienne można policzyć na palcach jednej ręki. Na przykład absolutnie odmienny gust muzyczny, czy pewne skłonności czytelnicze - moje XIX wieczne klimaty niekoniecznie pasjonują Mateusza, tak jak ja niespecjalnie czytam wszelakie hard science fiction, które powoli opanowuje naszą biblioteczkę. No i oczywiście moje uwielbienie do dziewiarstwa i kreatywnego tworzenia rzeczy, oraz Mateuszowe zafascynowanie programowaniem.

Korzystając z chwili spokoju, podczas wymuszonego obowiązkami porannego, długiego spaceru, snułam plany dotyczące tego wpisu i taka właśnie myśl mnie naszła, choć na co dzień oczywiście zdaję sobie z tego sprawę. 
Bo dzisiejszy post będzie o tym, co oboje wręcz uwielbiamy, w równym stopniu, o tym czego nigdy nie może zabraknąć w ciągu dnia i czego nie pominiemy podczas wizyty w Ustce. Mimo że ten wpis, patrząc na tematykę mojego bloga, to zwyczajny off topic, to wyjaśni Wam dlaczego w paczuchach od Chmurki znajdujecie taki a nie inny prezencik.

Herbata! Jak to ładnie brzmi, prawda? I mimo że lubię kawę (O! Mateusz nie pije jej wcale!), co prawda tylko i wyłącznie zimną, mleczną, słodką, i pijam jedną dziennie, to jestem zdecydowanie herbaciana. W zasadzie nasza miłość do herbaty ma swój początek mniej więcej w tym samym czasie co My :). Bo to na herbatę właśnie zabierał mnie Mateusz, albo ja zabierałam jego, a szliśmy w bardzo wyjątkowe miejsce, któremu należy się przynajmniej jeden akapit w tym poście!

Ustka, mimo że mała i jednak turystyczna, posiada istną perełkę, która oparła się modzie, ślepemu podążaniu za modnymi wystrojami, pogoni za konkurencją, od dawna posiada swój własny, niepowtarzalny klimat, styl i atmosferę. Takiego miejsca nie znalazłam nigdzie indziej, a trochę (odrobinkę, ale jednak) już zwiedziliśmy, szukając w niejednym mieście herbacianego raju. 
Ustecka herbaciarnia jest niewielka i czarująca, łączy uwielbienie do herbaty i sztuki, bo przy okazji jest również galerią. Powiedziałabym, że panuje tam eklektyzm, natłok starych przedmiotów, pozornie do siebie nie pasujących. Przypomina salonik z dawnych lat, pełen kredensów, serwetek, starych zabawek i porcelany. Lada to nic innego jak odmalowane ręcznie rustykalne meble z łyżeczkami w formie uchwytów. Nie znajdziecie tam idealnie wykończonych przedmiotów, lśniącej podłogi czy równych ścian. Nie, i bardzo dobrze! Obecne wystroje lokali czy kawiarni w zasadzie niewiele się od siebie różnią, jeśli nawet mają przypominać wnętrza z dawnych lat to są zbyt... perfekcyjne! Brakuje im autentyczności, ale ta herbaciarnia... jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć Ustkę, obiecajcie mi, że wejdziecie tam choćby na chwilę.
Zdjęcie powyżej pochodzi z facebooka herbaciarni.

Oprócz wystroju i atmosfery są tam również przemili właściciele i cała ściana herbat! Od klasycznych czarnych, po białe, wędzone, zielone, czerwone, rooibos, aromatyzowane, ziołowe, żółte czy susze owocowe. My za każdym razem wybieramy inną, a odwiedziliśmy to miejsce mnóstwo razy. Każdą herbatę można powąchać, zapytać o skład, smak czy właściwości, o sposób parzenia, bo tych jest kilka (pisałam Wam kiedyś o parzeniu herbaty na zimno klik!). 
Zawsze zamawiamy dwie różne herbaty. Jeden dzbanuszek wystarcza na 3 filiżanki, a środkową najczęściej się wymieniamy. Ja kieruję się zawsze zapachem lub chęcią spróbowania konkretnych składników, a Mateusz wybiera... po nazwie. Czym śmieszniejsza tym lepiej! Tak więc na liście zamówionych herbat to nie ja mam "Czerwone serduszko" :).
Wizyta w herbaciarni to nasza mała tradycja - za każdym razem gdy jesteśmy w Ustce, choćby raz musimy wstąpić na herbatę. Nie wiem jak to się stało, że mam tak niewiele zdjęć z wnętrza! A może i wiem? Nie ma na to czasu i ochoty, trzeba chłonąć to miejsce! Odsyłam Was więc na facebooka i googla.
A teraz o naszej herbacianej codzienności, bo przecież Ustkę odwiedzamy rzadko, a w ciągu dnia wypijamy przynajmniej pięć kubków herbaty. 

Herbaty mogą być liściaste, granulowane lub w torebkach. Musicie jednak wiedzieć, że nie jestem herbacianym specem, wiem tyle ile potrzeba mi do tej codziennej przyjemności :). Staramy się nie kupować już herbaty w torebce, a granulowanych nigdy nie piliśmy. Torebkowe (ekspresowe) są robione z pyłu herbacianego, a ten wcale nie posiada najlepszego smaku czy aromatu. To liście właśnie są kluczowe w parzeniu i dzięki nim możemy uzyskać naprawdę dobry napój. Same herbaty liściaste dzielą się na "lepsze" i "gorsze" ze względu na to, gdzie dany liść rósł - czy na czubku krzewu czy też na samym jego dole. To całkiem logiczne, ponieważ te górne, są najczęściej drobne i świeże, delikatne. Nie ze względów ideologicznych czy też przez naczytanie się w sieci opinii zrezygnowaliśmy z tych torebkowych, ale staliśmy się o wiele bardziej wybredni i zwyczajnie przestała nam ona smakować.

Najpopularniejszą herbatą u nas w domu jest herbata czarna. Ma on moim zdaniem najbardziej neutralny smak, ale może to wynikać z faktu, że taką herbatą właśnie najczęściej raczą się Europejczycy, więc ten smak towarzyszy nam od dziecka. Dzień zaczynam czystą czarną, liściastą herbatą. Nawet teraz, pisząc to zdanie, mam przed sobą wielki kubek!
Herbata czarna jest prosta w zaparzeniu. Zalewamy ją po prostu wodą zagotowaną do 100 stopni (poleca się również 95 stopni). Ja używam dwóch łyżeczek herbaty, ale pamiętajcie, że liściastej herbaty na łyżeczce znajduje się o wiele mniej niż granulowanej, i parzę po swojemu, czyli dosłownie chwilę. Teoretycznie mogłabym wykorzystać mniej herbaty i parzyć polecane 4-5 minut, ale to mój sposób daje mi ulubiony smak bez goryczki. Obecnie polubiliśmy bardzo czarną herbatę Dilmah i to ją pijemy najczęściej.

Raz lub dwa razy dziennie pijemy herbatę zieloną bądź czarną aromatyzowaną. Nie jest to zasada, której trzymamy się ściśle, po prostu te pijamy rzadziej, w zależności od nastroju i chęci. 
Zwłaszcza, że obecnie posiadamy bardzo wyjątkowe herbaty i żal byłoby tak szybko się z nimi rozstać :). Otrzymaliśmy od rodziców prawdziwą Chińską zieloną herbatę, która ma niesamowicie delikatny smak, różni się bardzo od tych zielonych herbat jakie są nam zazwyczaj znane. Oczywiście czuć, że nie jest to herbata fermentowana, bez patrzenia każdy zakwalifikowałby ją jako zieloną, ale musicie wierzyć, że smakiem przebija wszystkie czyste zielone, jakie do tego czasu piłam.

Bardzo istotne jest to by zieloną herbatą zaparzyć poprawnie. Czasem słyszę, że ktoś nie przepada za zieloną herbatą bo jest gorzka lub kwaśna. A to jest tylko i wyłącznie błąd w parzeniu, bo zielona herbata jest bardzo delikatna. Ma swój własny, charakterystyczny smak, ale nie ma prawa być niedobra. 

Nasz kolejny herbaciany level to czajnik z regulacją temperatury i oczywiście klepsydra. Przy zielonej herbacie to wręcz obowiązkowe gadżety. 

Zieloną herbatę należy parzyć w temperaturze od 60 do 90 stopni, w zależności od gatunku. Naszą chińską parzymy w 80 stopniach i wyjmujemy liście po 3 minutach. Wystarczy trochę zbyt długo potrzymać liście w wodzie by smak się zmienił i herbata po prostu miała prawo nie smakować. Jeśli nie posiadacie czajnika z regulacją temperatury to po zagotowaniu wody nie czekajcie tylko minuty, bo to zbyt mało by temperatura spadła do 80 stopni. Dajcie jej przynajmniej 5 minut. Nawet jeśli nie traficie idealnie z temperaturą to i tak dość mocno zmniejszycie prawdopodobieństwo, że napar będzie gorzki. 

To oczywiście nie wszystkie herbaty jakie posiadamy, ale dwie najpopularniejsze. Mamy w szafeczce mnóstwo zielonych i czarnych smakowych, które staramy się odpowiednio przechowywać i często serwujemy gdy odwiedzą nas znajomi. 
Przechowywanie herbaty jest również istotne. W sklepach niespecjalistycznych mało kto zwraca uwagę na to co herbata lubi, a bardziej istotny jest design pojemników.
Niestety nie wszystkie moje pojemniki są pro, ale też nie mam potrzeby popadać w skrajność. Czarna herbata tak szybko znika w naszych brzuszkach, że przekładamy wygodę w otwieraniu pojemnika nad jego szczelność. Część herbat tkwi też w oryginalnych opakowaniach, zamknięte w szafce. 
No ale jaki powinien być dobry pojemnik, by móc długo przechowywać herbatę? 

Przede wszystkim szczelny. Dobre są więc puszki hermetycznym zamknięciem. Ważne by liście nie były wystawione na działanie tlenu i nie istniało ryzyko zawilgocenia. Pojemnik powinien być nieprzezroczysty, chyba, że nie wystawiamy go na światło dzienne przez dłuższy czas (trzymamy w szafce). Herbata nie lubi promieni słonecznych. Jeśli chodzi o tworzywo to najlepsze są pojemniki metalowe, oczywiście jeśli spełniają pierwszy warunek. Nie trzymajcie herbaty zbyt długo w papierowych torebkach, ponieważ ich szczelność jest bardzo mała. Szczelność daje nam również pewność, że zapachy z zewnątrz nie wpłyną na jakość herbaty. 

A jakie herbaty kryją się w naszej szafce? Do Chińskiej dołączyły trzy nowe, również bardzo azjatyckie, prosto z Malezji. Pierwsza to herbata chryzantemowa - w postaci kuleczek, które po otwarciu należy trzymać w lodówce. Ma bardzo... charakterystyczny smak. Razem z nią, w paczce przyszły dwie czarne (i paczka owoców suszonych, które pochłonęłam błyskawicznie:)), jedna czysta, druga z dodatkiem geranium. Obie bardzo nam smakują! Ta z dodatkiem również zaskakuje smakiem i podobnie jak chińską zieloną dawkujemy ją sobie powoli. 
 Od lewej: zielona, czarna z geranium, czarna.

 I herbata chryzantemowa.

Oprócz tych orientalnych mamy też herbaty, które kupiliśmy przy okazji w Ustce czy w innych herbaciarniach. O niektórych nie pamiętamy, aż nie zaczniemy hurtem parzyć herbat w dzbankach dla równie (na szczęście!) herbaty lubiących przyjaciół. 
Raczej nie kupujemy herbat białych czy czerwonych. Te smakujemy w odpowiednim miejscu.

No to w czym pić herbatę? No raczej, że w ulubionym kubku! Przez herbatę zaczęliśmy też kolekcjonować kubki - jest to jedyna forma namacalnej pamiątki, którą przywozimy z obcego kraju. Dodatkowo to praktyczne podejście, bo kubek przydaje się codziennie, a figurki czy inne bibeloty jedynie łapią kurz. Brakuje nam kilku z pierwszych państw jakie wspólnie odwiedziliśmy, ale do Francji, Niemiec czy Belgii wybierzemy się przecież jeszcze nie jeden raz! Obecnie ulubiony kubek Praski :)

Jako że nie znoszę fusów i innych farfocli w napojach zawsze używam zaparzaczy. Trudno znaleźć idealny, naprawdę! Jeśli parzy się 10 herbat dziennie to wygoda w nasypywaniu i wysypywaniu jest bardzo istotna. Póki co najlepszy znaleźliśmy w Duka, kupiliśmy dwa - są cudowne! Tylko że jeden zaginął, a drugiemu odpadł uchwyt. Ale co tam, jakoś działa. Niestety Duka już ich nie ma (mowa o tym z czerwonym). Może macie jakieś sprawdzone?

A co ma herbata do Chmurki? 
Moja miłość do herbaty i dziergania ma część wspólną - uwielbiam siedzieć, przekładać oczka i popijać ciepłą herbatkę, bez względu czy na zewnątrz wieje, pada czy grzeje słońce. Herbata jest dobra na wszystko, a do dziergania to już w ogóle! Ślę więc w świat odrobinę tej dobroci, tak by każdy mógł "napić się ze mną"! Wybieram za każdym razem inną herbatę, raz zieloną, raz czarną a czasem susz owocowy. Każdą testuję i sprawdzam :). W Chmurkowej paczce każdy znajdzie torebeczkę cudnej liściastej herbaty, tak akurat na jeden, dwa kubeczki. To mój sposób na umilenie Wam dnia. U mnie działa!

Obecnie dzielę się z Wami herbatą zieloną, nazywa się "Wiosenne mecyje" i to chyba jest odpowiedź na pytanie, kto ją wybrał. To herbata aromatyzowana, która zawiera owoc borówki, bławatek, kwiat rumianka, płatki róży, płatki słonecznika i truskawkę. Parzy się ją w 80 stopniach, przez 3 minuty.

Gdzie kupuję herbatę? Do sklepiku kupuję cały kilogram, czyli hurtem, w sklepie dla firm, ale mogę polecić Wam sklep www.smaksztuki.pl mimo że odrobinę denerwuje mnie u nich ilość maili około zamówieniowych. Mają bardzo duży wybór, bardzo smaczne herbaty i przystępne ceny. Początkowo tam właśnie zamawiałam Chmurkową herbatkę.
Wiem, że dzięki temu malutkiemu gratisowi przynajmniej jedna "kawowa", znajoma dziewiarka wypija od czasu do czasu herbatę, przełamała się i mam nadzieję, ze jej smakuje! (tak, Monia, mówię o Tobie!). 

Jeśli dotrwałaś/eś do końca to koniecznie daj znać, czy tylko my tu mamy bzika na punkcie tych liści! I jaka jest Twoja ulubiona herbata, sposób parzenia, czy herbaciarnia. 
Być może zachęcę Cię do bardziej świadomego podejścia do tego tematu i spróbowania czegoś więcej?

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

czwartek, 2 listopada 2017

Dzierganie po mojemy - zmodyfikowana wersja magic loop

Dziś post z serii "Dzierganie po mojemu" będzie wyjątkowo w formie... mówionej :). Tak naprawdę to będzie mój absolutny debiut w nagrywaniu filmiku na bloga, proszę więc Was o morze wyrozumiałości! Jeśli macie ochotę przeczytać poprzednie posty z serii zapraszam o tu: klik! klik!

Pomysł na ten filmik chodził za mną od dłuższego czasu. Za każdym razem gdy spotykałam się z negatywną opinią o magic loopie obiecywałam sobie, że spróbuję swoich sił i odezwę się do Was na blogu pierwszy raz i przy okazji pokażę jak ja dziergam w okrążeniach na zbyt długiej żyłce.

W wielu dziedzinach jestem samoukiem - okropna ze mnie Zosia Samosia! Jeśli chodzi o dzierganie to samych podstaw, czyli prawych i lewych oczek, nauczyła mnie mama Mateusza. Całą resztę, z racji odległości od rodzinnych stron, starałam się ogarnąć sama. Najczęściej szukałam pomocy w sieci, ale były też takie techniki, które o dziwo wykombinowałam sama, oczywiście wielce uradowana (choć Ameryki nie odkryłam). Jedną z nich to właśnie magic loop. Mój magic loop różni się nieznacznie od tego standardowego, którego naucza się w wielu świetnych filmikach, które możecie znaleźć w internecie. Jako że ja swoją metodę opanowałam samodzielnie, wykombinowałam to tak by dziergało się mi intuicyjnie, wygodnie i szybko. Nie tworzyłam sobie algorytmu, kroków, które należy wykonać, nie trzymałam się żadnych reguł i tak o, udaje mi się teraz błyskawicznie dziergać rękawy czy rękawiczki na przydługich żyłkach. 

Tak naprawdę to ja myślałam, że każdy robi tak jak ja... Dopiero później zorientowałam się, że chyba jednak większość używa tej podstawowej metody i nie ma w tym zupełnie nic złego! Grunt by dziergało nam się komfortowo, prawda? Ale... No właśnie, jest jedno "ale". Bo czasem słyszę lub czytam, że magic loop jest niewygodny, nieoczywisty, dzierga się mozolnie, bezsensu, ciężko, trudno, zbyt wolno, a oczka w miejscu wyjmowania żyłki są rozciągnięte! No i gdy usłyszałam takie opinie poszłam prześledzić tutoriale na youtube by sprawdzić o co tak naprawdę chodzi - nigdy nie miałam żadnego z tych problemów, nie widzę różnicy w dzierganiu na za długiej, za krótkiej czy idealnie dopasowanej długością żyłce. Dziergam ciągiem, nie przekręcam robótki, nie zatrzymuję się by wyjąć żyłkę, moja robótka ciągle się przesuwa, "obraca" w prawą stronę, tak jak ma to miejsce w dzierganiu na krótszej żyłce. 
Po rozeznaniu pomyślałam: "Ha! Może dlatego nikt nie lubi rękawów?:)". Bo ja akurat nic do nich nie mam, a nawet je lubię bo przecież oznaczają, że już prawie kończę! 

Może ta podstawowa wersja do Ciebie nie przemawia i chciałabyś zobaczyć jak można ją zmodyfikować by uniknąć wyżej wymienionych problemów? Jestem pewna, że nie ja jedyna dziergam w ten sposób (jestem okrutnie ciekawa ile z Was postępuje dokładnie tak jak ja!), ale jeśli mój filmik pomoże choćby jednej magic loopa nie lubiącej dziewiarce to będę ogromnie szczęśliwa! Wiem również, że dziewczyny delikatnie modyfikują podstawową wersję - nie wyciągają żyłki w tym samym miejscu, przez co likwidują problem rozciągniętych oczek. Niemniej moja metoda posiada troszkę więcej różnic i jeśli jesteś ich ciekawa, zapraszam poniżej! W filmiku pokazuję jak dziergam - nie jest to tutorial dla osób uczących się dziergać, ale tych, które opanowały dzierganie jak i technikę magic loop. Chcę Wam pokazać jak szybko i wygodnie dzierga mi się małe formy i że wcale za długa żyłka nie spowalnia pracy.

Pamiętajcie proszę, że to jest tylko moje zdanie na ten temat. Każdej z nas dzierga się dobrze w inny sposób, co innego nam się podoba, co innego potrafimy robić. Grunt by Tobie pracowało się dobrze!

Proszę się nie śmiać za głośno, bo jeszcze usłyszę! :) Musicie wiedzieć, że daję z siebie wszystko by nie mówić z prędkością światła. Katorga, mówię Wam.


Jestem ciekawa Waszych opinii i doświadczeń. Czy lubicie magic loopa? Jak sobie z nim radzicie? Która metoda do Was bardziej przemawia?

Pozdrawiam,
Marzena