piątek, 16 lutego 2018

Nowy lokator Chmurkowej zagrody!

Uważam, że najbardziej zaskakujące kolory natura serwuje nam zimą. Zimą, która nie obsypała nas śniegiem, nie skuła lodem jezior, nie wygnała ptaków w ciepłe kraje. Taką zimą, która obecnie trwa - ciepłą, wilgotną, zamgloną. Wszystko na około wydaje się być ciche, szare i melancholijne, ale gdy spojrzymy na ten krajobraz w odpowiedni sposób, możemy odnaleźć doprawdy niezwykłe barwy. Drzewa, liście i trawy nie zostały potraktowane mrozem, nie przykrył ich śnieg. Wilgotne pnie uśpionych drzew nabierają nieokreślonych odcieni, gałązki krzewów, gładkie i błyszczące rumienią się z zimna, bezlistne korony na horyzoncie tworzą różowo-rdzawą mgiełkę, pięknie komponując się z zalegającymi poniżej suchymi, wysokimi trawami w spranym pomarańczowym kolorze. Niższa trawa, ta, która tworzy włochaty dywan pod nogami, szorstka i zahibernowana, niemalże nie posiada koloru i raczy nas trudną do nazwania mieszanką beżu i szałwii. Gdy dodamy do tego krajobrazu jeszcze jeden kolor, dla choćby niewielkiego kontrastu, przykładowo gładką taflę jeziora, która odbija pochmurne niebo, a gdzieś daleko, zacieniony zarys góry, to ja wprowadzam się od razu, choćby tylko z kocykiem i podusią pod pachą.
Wybaczcie mi ten podniosły ton. Zazwyczaj raczę takimi komentarzami tylko siebie samą i Mateusza, choć wypowiedzenie na głos tych myśli i opisanie wrażenia jakie robi na mnie otaczająca mnie natura, widoki, kolory, jest niezwykle trudne. Jako człowiek, który bez cienia wątpliwości nazwie się romantyczką, staram się nie opowiadać, tylko chłonąć i czerpać przyjemność z tego co widzę i czuję.

Dlaczego o tym piszę? Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od wełny. Wełny całkiem nowej i wyjątkowej, nad którą długo rozmyślałam. Gdy byłam już prawie pewna, że wiem co z nią zrobić wybraliśmy się z Mateuszem na długi spacer wokół zalewu Mietkowskiego (okolice Wrocławia) nie licząc na nic więcej niż zmęczenie i trochę świeżego powietrza. Znalazłam tam i jedno i drugie, ale na tym się nie skończyło. Tak. Znalazłam tam natchnienie, jakkolwiek podniośle to brzmi :) 
Zainspirowana barwami, klimatem, przepięknymi krajobrazami, fauna i florą tego niepozornego, zaskakującego miejsca, wróciłam wymęczona, ale i załadowana po brzegi pomysłami. I tak powstała nowa paleta kolorów dla... całkiem nowej bazy, która właśnie dziś ma swój debiut na Chmurkowych półkach!

Nie przedłużając przedstawiam Wam Alpacino, w zestawie siedmiu kolorów, inspirowanych nietypowym zimowym, rustykalnym krajobrazem, który miałam przyjemność zobaczyć!

Od lewej: Mulch, w bardzo nietypowym odcieniu, trudnym do nazwania i sfotografowania. Ma w sobie coś z rdzy i wiśni jednocześnie. Misty Dogwood, to kolor jaki udało mi się wypatrzyć wśród oddalonych, delikatnie zamglonych gałęzi dereni. Ten ciepły, sprany złoto-pomarańczowy to kolor zimowej trzciny, suchych traw, które otaczały jezioro, a nazywa się Windy Reed. Środkowy Pale Meadow, motek dosłownie muśnięty kolorem, który kojarzy mi się z wyblakłą, niemalże pozbawioną pigmentu łąką. Nad samym brzegiem jeziora odnalazłam trawy, krótkie i szorstkie, ułożone na ziemi przez wiatr w falujące kształty. Trawa wyglądała jakby ciągle była w ruchu! Zachwycił mnie ich niestandardowy kolor i tak powstał kolor Dancing Grass. On the Surface to delikatny, szaroniebieski kolor tafli jeziora i na koniec - Hilly Horizon, czyli barwa gór na horyzoncie. Zdjęcia miejsc, którymi się inspirowałam znajdziecie poniżej.

Alpacino to połączenie baby alpaki, jedwabiu i kaszmiru. Gdy postanowiłam wprowadzić nową włóczkę do sklepiku, myślałam o całkiem innych bazach, ale wszystko zmieniło się w ciągu kilku sekund, gdy moje palce zatopiły się w tym puchatym, delikatnym motku! 
Byłam przekonana, że nic mnie już nie zaskoczy miękkością, w końcu namiziałam się już mnóstwa luksusowych włóczek w swoim życiu. Ale tego się nie spodziewałam! Rzuciłam w kąt wszystkie inne plany, przepadłam, dałam się uwieźć, a teraz pozwolę i Wam się zatracić! Biorę całą winę na siebie :)

Dlaczego Alpacino? No chyba wszyscy wiedzą! Chodzi tu o oczywiście o tego znanego... parzystokopytnego zwierzaka!

Nowa baza wymagała ode mnie nowego spojrzenia i podejścia. Od Goat on the Boat różni się przede wszystkim włoskiem, który jest u alpaki czymś charakterystycznym. Włosek ten jest króciutki i tworzy wokół nitki subtelną mgiełkę. Podobnie jak w Anatolii od Julie Asselin, tak samo w Alpacino puszek ten otula, nadaje przytulności bez cienia podgryzania. Jestem w trakcie dziergania dla siebie (czyli człowieka wrażliwego na takie numery) sweterka i ciężko się powstrzymać by ciągle się nim nie otulać. Taki minus - robótka idzie zdecydowanie wolniej :)
 

 Jeśli macie ochotę, więcej informacji o nitce i jej wyglądzie znajdziecie na stronie produktu: klik!

By nie być gołosłowną mam dla Was też kilka kadrów z tego pięknego miejsca, byście na własne oczy mogli zobaczyć jego urok i móc odnaleźć w nich barwy, które tak mnie zainspirowały:
 
 
Tak jak pisałam, nowa baza zdecydowanie wymaga innego podejścia podczas farbowania, dlatego tym razem zrezygnowałam z kolorowych motków na rzecz solidów, które podkreślają fakturę, skręt i delikatnie rustykalny wygląd tej włóczki. Mówiąc solid mam na myśli jeden kolor, bez większych cieni i przejaśnień, ale to nie znaczy, że kolor jest płaski, jednolity. Uważam, że najpiękniejszy solid to taki, który wyróżnia każde oczko! Ciężko mi to opisać, ale chyba mam dobre porównanie - daje nam efekt "malowania kredkami", nie tworzy pasków czy plam tylko sprawia, że całość się mieni i sprawia wrażenie trójwymiarowości. Dla zobrazowania Alpacino w kolorze Peony, z którego dziergam nowy projekt:


Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do mojego sklepiku - klik! i zapytać co też sądzicie o nowej bazie i palecie kolorów? Czy i Wy dostrzegacie w tych kadrach barwy, które mnie zainspirowały? :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

piątek, 2 lutego 2018

Słowo klucz: detal

Detale są kluczowe. To one tworzą całość, choć często wielu z nas ich nie dostrzega. Pomijamy je myśląc, że przecież ten malutki wazon do niczego nie jest mi potrzebny, że to duże rzeczy tworzą nam wystrój i klimat. Moim zdaniem wcale tak nie jest. Jeśli pominiemy detale to reszta jest ładna, ale bez charakteru, jest pusto, zwyczajnie, "czegoś tu brak". Łatwo to zaobserwować gdy projektuje się w programie graficznym swoje mieszkanie, wstawia meble, maluje ściany - wszystko osobno absolutnie cudowne! Ale razem... jakoś tak smutno, coś nam jednak nie pasuje. Wystarczy zmienić uchwyty w komodzie, powiesić plakat, wstawić do wazonu kwiaty w pasującym kolorze, ułożyć książki na półce i nagle pokój ożywa! Detal nie przytłoczy, nie chodzi o zagracanie swojego otoczenia rzeczami, które będą łapać kurz. Detal to nie tylko przedmiot, ale i kolor, materiał, kształt i wykonanie. 

Na punkcie detali mam niezłego bzika, nic na to nie poradzę. Nieważne czy chodzi o wystrój w mieszkaniu, ubranie, dzierganie, fotografię, akcesoria czy w końcu pracę.
Czemu w ogóle o tym piszę? Bo chciałabym Wam dziś opowiedzieć o Chmurkowych etykietach, które dla jednych są tylko etykietami, a dla mnie tym detalem, który dopełnia całość! Czy nie przyjemnie jest otrzymywać zakupy bądź prezenty opakowane w piękny papier, zawinięte z pomysłem i dbałością? No właśnie.

Możecie się dziwić co też niezwykłego może być w zwykłym papierze. No tak, wygląd - ładnie zaprojektowany layout, czytelny, z odpowiednio dobranymi kolorami, pasujący do produktu. To było absolutnym priorytetem, aczkolwiek dla mnie to nadal było za mało :)

Trafiłam na ludzi, dla których papier jest rzeczą niezwykłą, tak jak dla dziewiarki niezwykła jest luksusowa, ręcznie farbowana, ekologiczna przędza. Ludzi z pasją i wiedzą, którzy drukowanie i pracę przemienili w sztukę. Miałam przyjemność być w ich pracowni kilka razy, za każdym razem byłam absolutnie oczarowana wystrojem, przedmiotami i pracami. A gdy ostatnio się tam wybrałam, zabrałam aparat, Mateusza i za pozwoleniem wykonaliśmy kilka kadrów z myślą, że absolutnie należy im się post na moim blogu!

Zapraszam do pracowni Paper Project, gdzie w bardzo nietypowy dla naszych czasów sposób, powstają Chmurkowe etykiety:
 
 
Musicie wiedzieć, że etykiety dla mojej wełny powstają przy użyciu najstarszej techniki druku zwanej letterpress. Polega ona na dociskaniu papieru do formy drukarskiej, a to wszystko na ponad 100 letnich maszynach drukarskich!
Po wykonaniu projektu graficznego tworzy się matrycę (formę), a potem - ręcznie przekładając karty papieru i smarując tłoki farbą - wprawia w ruch tę piękną maszynę tłocząc na papierze wzory i litery. Coś cudownego! Rękodzieło w najczystszej formie.

 Sama pracownia jest niezwykłe czarująca i inspirująca. Pełno tu historii, sztuki i... detali!
 

Po pierwszym drukowaniu postanowiłam ciut zmienić papier, na którym tłoczy się ubranko dla kozy :). Nadal pozostaliśmy w tym samym klimacie - złamana biel, matowy papier z delikatną fakturą, ale ostatecznie (po przejrzeniu mnóstwa próbek!) zdecydowałam się na grubszy, równie miły w dotyku, ale jakby lekko "plastyczny", bardziej elastyczny papier, który sprawdza się jeszcze lepiej:

 

  Każdy element Chmurkowej etykietki jest tłoczony!

Oddając projekt w ręce Ani i Krzyśka, wiedziałam, że doskonale zrozumieją zamysł - minimalizm, subtelność, przejrzystość, ale absolutnie w nienowoczesnej formie. Gdy dołoży się do tego sposób powstania, tłoczenia, kolory... Moja dusza jest usatysfakcjonowana :)

Możecie nazwać mnie wariatką, ale ja po prostu uwielbiam dbać o każdy szczegół, pracować z ludźmi z pasją i nietuzinkowym podejściem do życia i pracy, cieszyć oko najmniejszym detalem, posiadać przedmioty niezwykłe, z historią.

Na koniec jeszcze piękne "wrota" do Paper Project i mój Twill & Plain:

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

niedziela, 14 stycznia 2018

Twill & Plain

Miło otaczać się ludźmi, którzy nas inspirują. Pokrewnymi duszami, które nadają na tych samych falach, jakby dokładnie wiedziały czego Ci trzeba.  Czasem wystarczy tylko jedno słówko, by w głowie pojawił się pomysł, by coś nabrało kształtów. Jako romantyczka bardzo mocno zwracam uwagę na oprawę i atmosferę, nawet jeśli chodzi o tak z pozoru błahą rzecz jak projektowanie swetra. Kolor, wzór, kształt, falujące włosy, tło, zdjęcia, nazwa, opis... to wszystko musi tworzyć dla mnie coś wyjątkowego, pięknie opakowaną całość, a inspiracja, pomoc, czy choćby słówko jest wtedy na wagę w złota. Zwłaszcza jeśli ktoś dokładnie wie co Ci w duszy gra! Ale na moment zmieńmy temat...

Nieoczywisty kolor zasługiwał na nieoczywisty projekt. Z ogromnym uporem i zacięciem, odmierzając barwniki w kroplach, uzyskiwałam kolor, który widziałam oczami wyobraźni. Po długich próbach powstał wyczekiwany Flea Market, który sprawia mi niemały problem, gdy próbuję go nazwać jednym słowem. Plastyczny, połyskujący, delikatny, ale nie dziewczęcy odcień, który w świetle zmienia swoje oblicze. Naprawdę bardzo go lubię, dlatego musiałam wydziergać z niego coś dla siebie.

Twill & Plain to sweter, który dzierga się na kilka sposobów - od boku, troszkę od dołu oraz zdecydowanie od góry. A to wcale nie sprawia, że jest trudny czy czasochłonny. Nietypowy, choć wygląda klasycznie.

I jako że wiem, że bardzo długo kazałam Wam czekać, przechodzę czym prędzej do rzeczy i przedstawiam Wam mój nowy projekt:


Najważniejszą rzeczą w Twill & Plain jest oczywiście jodełkowy i "tkany" przód - tekstury podkreślone kolorem i połyskiem, na rzecz których zwyczajnie przepadłam.
Dwa ściegi spośród użytych w tym projekcie były bardzo nietypowe pod względem próbki, co wymagało ode mnie odrobiny więcej obliczeń i dłuższego myślenia :) Ale to wyzwania są przecież najciekawsze! Ta jodełka była tego warta.

Myślę, że teraz Was trochę zdziwię. Twill & Plain posiada dwa szwy po bokach swetra, ale reszta jest oczywiście dziergana bezszwowo. Dlaczego? Bo po pierwsze to była najprostsze rozwiązanie, po które sięgnęłam wcale nie z tego oczywistego powodu. Uważam, że sweter zyskał wiele przez to "usztywnienie". Przedni panel i tył trzymają się idealnie, sweterek trzyma formę, idealnie oddzielając klasyczny tył od ozdobnego frontu. Początkowo robiłam co mogłam by uniknąć szwu w tym projekcie, ale wierzcie mi na słowo - ten szew robi różnicę! :)
 

Dziergałam z mojej własnej Goat on the Boat (100g/400m), w wyżej wspomnianym kolorze prosto z pchlego targu. Użyłam około 1350 metrów na rozmiar S.
Rękawy, długie i przytulne, podobnie jak dekolt i dół wykończyłam podwiniętym ściągaczem.
Jeszcze odrobina detali...
 
 

A teraz wrócę jeszcze raz do pierwszego akapitu. Przede wszystkim muszę podziękować Oli, z którą łączy mnie uwielbienie do prostych, klasycznych form. Dokładnie jakby wiedziała czego mi akurat potrzeba (albo to jej właśnie było czegoś potrzeba :)), podsunęła słowo-klucz. Jodełka! Jedno słowo i w głowie rodzą się pomysły.
Kolejna inspirująca osoba pojawiła się dziś. Jeszcze przed zaczęciem posta sweterek nie miał nazwy... nic nie przychodziło mi do głowy, nic takiego co tworzyłoby tę całość, o której Wam wspomniałam. Tu słówko szepnęła mi Ania, którą bezczelnie werbowałam do testów. Ania zna się nie tylko na dziewiarstwie, ale również tkaniu i jakby dokładnie wiedząc czego potrzebuję, podsunęła mi właśnie Twill & Plain, co nie dość, że dobrze oddaje wzór to jeszcze tak pięknie brzmi! Dziękuję!
I oczywiście Mateusz... Ciężko mi opisać słowami jak ja widzę ten projekt, kolor i nazwę, jaki konkretnie klimat tworzą w mojej głowie, ale Mateusz idealnie oddał to zdjęciami! 

Bardzo się cieszę, że zdjęcia są już gotowe, bo jak wiecie, nie noszę swetra póki go nie obfotografuję... długo musiałam się powstrzymywać!  
Jestem ogromnie ciekawa co sądzicie, czy też lubicie takie klasyczne, ale efektowne wzory i tekstury?

Jak zwykle na koniec krótkie ogłoszenie :) (Edit) Mam już komplet, dziękuję Wam! Test wkrótce rusza! :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Thunderstorm Toque

Słuchajcie! Znowu dramat. Zaczęłam dziergać sweter, wymarzony i wyczekany, ale jak tylko przerobiłam kilka centymetrów stwierdziłam, że kolor do mnie jednak nie pasuje, a wzór już mi się opatrzył. Kolor piękny, wzór też, ale humory psują wszystko. Ewidentnie coś jest na rzeczy, bo to nie tyczy się tylko tego jednego projektu - nic mi się nie podoba obecnie, nic nie jest godne wrzucenia na druty. To co robię? Nie dziergam! Znam ten stan, trzeba przeczekać, nic na siłę, za moment, za chwileczkę mnie olśni. Coś tam w głowie się powoli układa w kształt męskiego swetra, ale póki co nie jest to nic konkretnego.
Trochę tęsknię do dziergania swetra, tego uczucia zniecierpliwienia (chcę go już nosić!), chęci posiadania kolejnej mięciutkiej rzeczy, w nowym kolorze, z ciekawym wzorem, w wygodnym kształcie. Mimo wszystko na brak zajęć nie narzekam, a moją głowę obecnie wypełniają przede wszystkim myśli o przyszłej, magicznej podróży życia, która najpierw ogromnie przerażała (16 godzin w samolocie to BARDZO STRASZNA RZECZ), a teraz mam zwyczajnie motyle w brzuchu. Jako że podróż daleka i bardzo długa to mimo że wypada w okolicach lata, zabieramy się właśnie za porządne planowanie i organizację. Nie jest to łatwe, zwłaszcza jak człowiek chce zwiedzić przynajmniej cztery orientalne kraje w ciągu miesiąca - wymaga to od nas mnóstwo czytania, liczenia i ustalania. Ale to dobrze, przynajmniej nie mam czasu myśleć o tym samolocie :).

Fakt, że nie dziergam nie oznacza, że nie mam Wam nic do pokazania. Dziś kolej na moją czapkę. Planowałam ją w tym samym truflowym kolorze co czapę Mateusza, potem zmieniłam zdanie i bardzo chciałam coś srebrzystego, następnie wrzosowego, a ostatecznie zrobiłam ją w ciepłym, beżoworóżowym kolorze. Trudne decyzje trzeba podejmować jak się bierze za dzierganie.

Miałam w swoim małym filcowym koszyku kilka kulek Goat on the Boat w kolorze Flea Market, które zostały mi po nowym projekcie, oraz ponad połową motka Anatolii w kolorze Ballerine, którego używałam w Melanie. Pasowały do siebie idealnie! Anatolia była bardziej różowa i delikatnie zmieniła odcień kózki, doprawiła ją malutką kropelką słodyczy. Czapka pasuje idealnie do mojego Find Your Fade!

Przedstawiam Wam moją wersję Thunderstorm Toque, który dziergany z całkiem innego rodzaju włóczki, pokazał swoją drugą twarz, a moherowy włosek sprawił, że jest bardziej przytulny i romantyczny.

Pompon również wykonałam z dwóch nitek. Ciężko to uchwycić, ale dzięki Anatolii pięknie się mieni! Poza tym gdybym użyła tylko Goat on the Boat to pompon miałby ciut inny kolor niż czapka.

I na głowie:
 

Uwielbiam ten czubek układający się w kwiatowy kształt! Pompon lekko go przysłania, ale to nic, efekt jest cudny!


Dziergałam mniejszy rozmiar i użyłam drutów 3.25 mm na ściągacz oraz 3.75 mm na resztę czapki, czyli ciut cieńsze niż polecane, bo moja próbka delikatnie się różniła. Pierwszy raz korzystałam ze wzorów AbbyeKnits i szczerze polecam! Prosto i klarownie opisane, a same projekty niezwykle dopracowane.

Z wydzierganych rzeczy, których nie pokazałam Wam jeszcze, został tylko mój nowy projekt swetra! Ale już niedługo, niedługo... obiecuję!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 2 stycznia 2018

Autumnal

Witam Was w Nowym Roku! Nigdy szczególnie nie przywiązywałam wagi do zmiany daty, pierwszy dzień z kalendarza nie jest dla mnie żadnym szczególnym wydarzeniem, nie znajdziecie u mnie postanowień, podsumowań, haseł w stylu "nowy rok, nowa ja", ale w tym roku tak się akurat złożyło, że moje odczucia, samopoczucie i myśli zgrały się mniej więcej z tą datą. 

Po pracowitej pierwszej połowie grudnia, miała nadejść ta pełna lenistwa i przyjemności. Ostatecznie jednak, do końca roku zmagałam się z przeziębieniem, takim nieprzyjemnym stanem pomiędzy zdrowiem i chorobą, gdy brak absolutnie siły na cokolwiek, a z drugiej strony nie ma powodu by leżeć w łóżku i wypacać się pod kołdrą. Zamiast odpocząć, wymęczyłam się okropnie, kichając i kaszląc od czasu do czasu, nie mając siły i głowy do obfotografowania dawno skończonego swetra, który czeka na to już dłuższy czas. Książka szła średnio, gry, nad którymi planowałam potracić trochę życia nie kusiły wcale, filmy nudziły, druty odpychały. Na pewno wiecie o czym mówię! No katorga. Dopiero teraz, świeża i pełna energii i motywacji (no w końcu!) planuję co zrobię w przyszłości. I nie ma to nic wspólnego z nowym rokiem, a raczej z powrotem do świata ludzi ogarniających, ale że akurat wypadło to w taki a nie inny dzień...:) 
Planów mam całe mnóstwo (choćby na niemałą liczbę postów w styczniu!), ale najpierw pokażę Wam co podczas tego uroczego czasu udało się stworzyć.

Odpuściłam sobie duże formy i zajęłam tymi projektami, które rosną w mgnieniu oka. Obiecałam nową czapkę Mateuszowi, wymarzyłam sobie jedną dla siebie, a w Ustce czekała mała głowa, której obiecałam coś wełnianego na zimę. Zamówiłam 4 motki grubości Aran i zafarbowałam na Chmurkowe kolory. Mała głowa dostała swoją czapkę w święta, Bailę w kolorze Candied Papaya, ale zdjęć nie ma i nie będzie niestety. 

Mam za to dziś dla Was zdjęcia czapki dla Mateusza! Ufarbowałam dwa mięciutkie motki (baby alpaka, kaszmir i jedwab) na kolor truflowy, przy okazji dowiadując się kilku nowych rzeczy o farbowaniu (wiecie jak alapaka okropnie wygląda na mokro?:)) i wydziergałam męską wersję czapki Autumnal, lekko modyfikując liczbę oczek (moja próbka różniła się ciut od tej sugerowanej). Trafiłam z rozmiarem idealnie, choć nabierałam oczka chyba pięć razy. 
Wiecie, że nie lubię przekombinowanych wzorów męskich, ale tym razem zdecydowaliśmy się na delikatny warkoczowy wzór, który nadal spełnia nasze oczekiwania. Ścieg jest mięsisty i tworzy przyjemną dla oka zwartą strukturę, przez którą nie przedostaje się zimowy (ha ha!) wiatr. Alpaka to idealna wełna na czapkę, bo włosek wypełnia szczeliny między oczkami i jest w niej naprawdę ciepło. A to połączenie włókien... o ludzie! Myślałam, że już nic mnie nie zdziwi pod względem miękkości... Niebo pod palcami :) Czas przedstawić czapę. Oczywiście na mężowskiej głowie:
 

Czapka jest dłuższa, bo w takich Mateuszowi najładniej. I kolor też mu pasuje :) Zresztą Truffle to jego ulubiony kolor z nowej palety, więc wybór był oczywisty. Zapytany co podoba mu się najbardziej w nowej czapce odpowiedział, że... "szew", którego oczywiście nie ma, ale na myśli miał początkową nitkę, wplecioną pionowo na lewej stronie. Co w tej takiego fajnego? A no że od razu wiadomo gdzie jest tył czapki :) 
 

Góra jest przyzwoicie zaprojektowana - czubek ładnie układa się, nic nie sterczy, nie marszczy. Bardzo mnie to zawsze irytuje.
Z tego co pamiętam, użyłam drutów takich samych jak w projekcie, ale zredukowałam liczbę oczek o mniej więcej 20. Chyba, bo pisząc post nie mam czapki przed oczami, poszła wraz z Mateuszem do pracy.
(tylko żeby nie zgubił, tylko żeby nie zgubił...)

Prostota, wygoda i ciepło. A na dokładkę kolor i wzór pasujący do wszystkiego. A noszona czapka to najlepsza czapka, także zadowolona jestem z niej bardzo. Dziergałam w samochodzie, więc wzór jest naprawdę prosty i łatwy do zapamiętania.
Zużyłam ostatecznie tylko jeden motek, niemalże w całości, coś około 165 metrów, drugi, początkowo przeznaczony na moją czapkę, trafi w ręce zaprzyjaźnionej dziewiarki by grzać inną, mężowską głowę. 

Jako że mam już gotowe zdjęcia kolejnego projektu, to mam nadzieję, że widzimy (czytamy?) się wkrótce! Teraz uciekam zaczynać nowy sweter! No wreszcie:)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Czasem trzeba zwolnić

Grudzień, a zwłaszcza jego początki były bardzo intensywne - przyjemne, kreatywne, kolorowe, ale mimo wszystko bardzo pracowite! Skończyłam również sweter, który dziergałam z mojej kózki w kolorze Flea Market i pełna entuzjazmu szykowałam sesję zdjęciową. Ale organizm się zbuntował i przyniósł nam ni to osłabienie ni to przeziębienie, zaczął domagać się wolniejszych obrotów! Mój umysł buntuje się na to słowo - zwolnić? Ale po co to komu? Sesja czeka, chcę już Wam pokazać to co wydziergałam, zrobić mnóstwo innych rzeczy, napisać kilka postów, zacząć nowy projekt... Ale czasem trzeba zwolnić, posiedzieć, wyciszyć się, zająć innymi sprawami, sobą, bez pośpiechu, bez presji zrobić coś, albo nic.
Odpoczywam więc, nie zmuszam do niczego, powoli wracając do zdrowia, szykując się na wyjazd do Ustki i niespiesznie snując przyszłe dziewiarskie plany.

Postanowiłam na chwilę odpocząć od dużych form i wyposażyć siebie i Mateusza w nowe, ciepłe czapy. Nie dziergam nic od kilku dni, ale to jeszcze nie koniec świata. Wzór wybrany, wełna pofarbowana, nabiorę oczka jak będę gotowa :)

Wybór kolorystyczny był prosty. Jako posiadacz czterech tylko chust, trzech różowych i jednej zielonej, nie mogę poszaleć z kolorami, więc stanęło na kolor neutralny. A że przy okazji pasuje idealnie Mateuszowi, i co więcej, podoba mu się ogromnie, ufarbowałam nam dwa, mięciutkie jak króliczek, puchate motki na kolor Truflowy.

Włóczka to mieszanka najmilszej na świecie baby alpaki, kaszmiru i jedwabiu. Dla męża tylko to co najlepsze :) Włóczka jest grupa, milutka i posiada włosek, który sprawdził się w Mateuszowych czapach - puszek wypełnia przestrzeń między oczkami i idealnie izoluje od zimna i wiatru.

Po długich, powolnych poszukiwaniach wybraliśmy wzory. Mateusz otrzyma Autumnal autorstwa Mellisy Schaschwary (klik!), a ja wydziergam sobie Thunderstorm Toque zaprojektowany przez AbbyeKnits (klik!). Będę musiała coś pokombinować z próbką, bo czapki są na różne grubości włóczki, ale co mi tam. Wszystko się da zrobić :). Zdjęcia ze stron projektów:


Wychodzi na to, że po świętach będę mieć dla Was kilka nowości do pokazania, a do tego czasu idę cieszyć się nierobieniem niczego! :)

Ach! I zajrzyjcie na Chmurkowy instagram: klik!

Wszystkiego dobrego Wam życzę!
Marzena

sobota, 2 grudnia 2017

Grudniowe przyjemności u Chmurki

Listopad był dla mnie naprawdę bardzo pracowity. Większość dnia spędzałam w swoim pokoiku, który robi mi za pracownię. Postanowiłam również tę pracownię zmodernizować, by z typowo prowizorycznej farbiarni zrobić coś na krój prawdziwej, tylko że w wersji mikro :) (Od razu lepiej się pracuje!).
Postanowiłam bowiem na grudzień przygotować do sklepiku nową paletę kolorów! Praca nad nowymi odcieniami jest dla mnie bardzo czasochłonna. Dlaczego? Bo podchodzę do tego arcypoważnie, skrupulatnie i powoli! Jak taki proces mniej więcej wygląda? Przede wszystkim musi mnie olśnić - zanim zacznę pracę chcę mieć w głowie plan i dokładny obraz tego w jakich kolorach widzę nowy zestaw. Czasem posługuję się inspirującymi zdjęciami, czasem pomysł, jak w przypadku zestawu Botanicznego, przychodzi sam, niespodziewanie. By swoją wyobraźnię przelać na wełnę muszę się trochę nagimnastykować. Najpierw tworzę mnóstwo małych, metrowej długości próbek, które później tworzą mi paletę kolorów (o tym innym razem), wtedy dokładnie widzę jak kolor zmienia się gdy użyję innego barwnika lub różnych proporcji. Uwielbiam to obserwować! Czasem wydaje mi się, że znalazłam już ten jedyny kolor, ale nagle postanawiam sprawdzić "co się stanie, gdy..." i okazuje się, że jeszcze bardziej nieoczywisty kolor mam przed oczami. Ten etap wymaga ode mnie najwięcej skupienia i czasu. Szukanie kolorów! Bo przecież to wcale nie działa tak, że jak chcemy mieć granatowy to używamy granatowego barwnika i kolor sam robi się dokładnie taki, jak sobie wymarzyliśmy. Trzeba nad nim posiedzieć, podejść od kilku stron, eksperymentować, przynajmniej ja do tego tak podchodzę, bo mimo że lubię mnóstwo kolorów to niełatwo mnie zadowolić (albo sama nie łatwo się zadowalam:)). Czasem niewiele zmienia naprawdę dużo, więc nie odpuszczam i szukam do skutku.
Gdy już czuję się usatysfakcjonowana kolorami zaczynam tworzyć mini motki (5-10 gramów) by zobaczyć jak dany odcień wygląda na większej powierzchni. Dopiero wtedy zaczynam produkcję :). I to jest najbardziej energochłonne (moje plecy!). To mnóstwo godzin spędzonych na nogach, z maską na mordce, garnkami pełnymi wody i wełny w łapkach. Pranie, zmywanie, zwijanie, etykietowanie. Później jest spacer po krzaki, listki i kwiaty, kombinowanie, tworzenia tła, wystroju i w końcu fotografowanie i obróbka. Uff!
Ale co ja Wam mogę powiedzieć? No uwielbiam to!!! Kłamać nie będę - pracy jest ogrom, stresu jeszcze więcej, czasu niewiele, ale po prostu robię to co lubię. Nie zamieniłabym tego na nic innego...

Chciałabym Wam dziś pokazać efekt tej mojej szaleńczej pracy! Do sklepiku trafiła dziś nowa dostawa z uzupełnieniem niektórych znanych Wam już kolorów oraz siedem, całkiem nowych odcieni, z których sześć tworzy nowy zestaw... Zapraszam do pałacowej kuchni! Ciemnej, przytulnej, smakowitej i luksusowej:

Zaczynając od bardzo smakowitej lewej strony przedstawiam Wam Candied Papaya, czyli coś idealnego na pałacowy podwieczorek, Tea Rose, w subtelnym, przydymionym herbacianym melanżu, Teacup czyli słodką, delikatną i nieznacznie zdobioną różem i oranżem porcelanową filiżankę, Icing - bardzo jasną, mocno rozbieloną, błyszczącą szarość, motek w kolorach starych, drewnianych podłogowych desek - szarość przeplata się tu z chłodnymi, niekiedy bardzo ciemnymi brązami - o nazwie Old Wood oraz na koniec, bardzo ciężki to opisania kolor, który zmienia się w zależności od światła - Truffle. Jest to bardzo ciemny kolor, któremu blisko do czerni, ale czernią na pewno nie jest! Ma w sobie brąz chłodny jak i ciepły, a w świetle posiada delikatny granatowy połysk.

Kandyzowana Papaya to kolejny kolor, który ciężko określić. Bo mimo że blisko mu do czerwieni, to wcale nią nie jest! Jest to kolor delikatnie sprany, z dodatkiem i różu i pomarańczu (i tu znowu główną rolę gra światło). 
 

Teacup to melanż bardzo jasnej szarości i subtelnego ciepłego różu, posypany pomarańczem, brzoskwinią i odrobiną chłodnego brązu. I jeszcze Old Wood:



Jestem ogromnie ciekawa co sądzicie i czy któryś z tych odcieni Wam się spodobał! Zapraszam Was również do sklepiku: klik!

Grudzień to czas niezwykły, więc do 22 grudnia dostawa u Chmurki będzie za darmo, bez względu na rozmiar, sposób, czy miejsce zamieszkania (darmowa dostawa na terenie całej Europy). A jutro zapraszam Was jeszcze na facebooka po więcej grudniowych i świątecznych informacji. No i oczywiście myślę intensywnie nad świąteczną zabawą! Mam nadzieję, że dopiszecie w tym roku tak samo jak poprzednio! Mam rację? :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena